Gdańska „równość” – skrajna dyskryminacja i zagrożenie praw człowieka

istock_000045403012_small

 

Forsowana obecnie w Gdańsku w ramach tzw. Europejskiej Karty Równości  promocja „praw”  mniejszości seksualnych określanych jako LGBTQ  wbrew pozorom wcale nie służy zwalczaniu dyskryminacji.

W rzeczywistości oznacza ona faktyczną dyskryminację  i pozbawianie praw innych ludzi, w największym stopniu dzieci i rodziców.

Dyskryminacja wszystkich innych ludzi oraz odebranie im praw są jednoznacznie wpisane w założenia tzw. polityki (rzekomo)  antydyskryminacyjnej. Mimo, że założenia te są jawne, ich drastycznie dyskryminujący charakter jest praktycznie nieznany.

 

Owa rzekomo antydyskryminacyjna polityka uwzględnia szereg kryteriów dyskryminacji, jednak praktyka pokazuje od lat, że niewspółmiernie dużą wagę (faktycznie najwyższą) nadaje kryteriom związanym z orientacją seksualną i tożsamością genderową (1), co szczególnie widać w sytuacjach, gdy wchodzą one w konflikt z kryteriami takimi jak religia, światopogląd, czy przekonania polityczne. Kolizja z tzw. prawami LGBTQ praw wszystkich innych ludzi powoduje, że prawa tych innych, w tym prawa dzieci i rodziców, a także prawo wolności słowa, sumienia i wyznania przestają obowiązywać. Dlatego polityka forsowana przez prezydenta Adamowicza jest taka niebezpieczna.

 

Dyskryminacja i pozbawienie praw człowieka jako nadrzędna reguła

Nie jest to ani przypadek, ani nadmiar ideologicznej gorliwości, ale jasno sformułowana reguła. Została ona zapisana w tzw. Zasadach Yogyakarty (dostępnych TUTAJ lub TUTAJ, a w angielskim oryginale TUTAJ), wyrażających  owe „prawa” LGBTQ.  Zasada 2. mówi, że

każdy ma prawo do korzystania ze wszystkich praw człowieka bez dyskryminacji ze względu na orientację seksualną lub tożsamość genderową oraz każdy ma prawo do równości wobec prawa i równej ochrony prawnej bez dyskryminacji z uwagi na te cechy i bez względu na to, czy wpływa to na korzystanie z innych praw człowieka, czy nie.

SIC! Prawa wszystkich innych ludzi przestają się liczyć jeśli wchodzą w kolizję z „prawami”, a faktycznie uzurpatorskimi roszczeniami LGBTQ.

Zasadę tę potwierdził  Vitit Muntarbhorn, gejowski aktywista z Tajlandii wybrany w 2016 r. na stworzone wtedy stanowisko niezależnego eksperta ONZ ds. ochrony przed przemocą i dyskryminacją ze względu na orientację seksualną i tożsamość genderową.  Na konsultacjach 25.01.2017 w siedzibie ONZ w Genewie stwierdził on, że wolność wypowiedzi i wyznawania religii nie są absolutnymi prawami i mogą być ograniczone (w imię „praw” LGBTQ), społeczność medyczna powinna potępić terapię reparatywną, państwa powinny umożliwić legalizację „rodzin” LGBTQ, dzieci mają być wychowywane od najmłodszych lat z odpowiednim podejściem do kwestii orientacji seksualnej i tożsamości genderowej. Takiego właśnie „odpowiedniego podejścia ma uczyć tzw. edukacja antydyskryminacyjna.

Dyskryminacja rodziców i odbieranie im ich praw

Przejawem wcielania w życie tej zasady jest mające miejsce w wielu krajach systematyczne przełamywanie (np. przez administrację i sądy) oporu rodziców przed różnymi formami homoseksualnej indoktrynacji dzieci i młodzieży, w tym poprzez zajęcia, w których młodzież ma bezpośredni kontakt osobami LGBTQ. W Niemczech karano grzywnami i więzieniem rodziców nie godzących się na takie lekcje.

W Polsce kwietniu 2014 r. Rzecznik Praw Obywatelskich Teresa Lipowicz zignorowała zastrzeżenia Fundacji Rzecznik Praw Rodziców wobec programu „Równościowe Przedszkole”, który mógł przyczynić się do zaburzenia tożsamości płciowej dzieci i drastycznie naruszał przekonania rodziców, zgodnie z którymi chcieli wychowywać swoje dzieci.  Forsując „odpowiednie podejście do kwestii orientacji seksualnej i tożsamości genderowej” (jak to później określił Muntarbhorn), RPO całkowicie zignorowała art. Art. 48.1. Konstytucji stwierdzający, że rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. oraz art. 53.3. stwierdzający, że rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami. Zgodnie z zasadą 2. Yogyakarty prawa rodziców nie liczyły się w zestawieniu z „prawami” LGBTQ.

 

Dyskryminacja dzieci i odbieranie im ich praw

Zgodnie z zasadami z Yogyakarty całe społeczeństwa, a w ramach tzw. edukacji antydyskryminacyjnej dzieci i młodzież, są indoktrynowane, że np. jednopłciowe „małżeństwa” i „rodziny” to normalna i naturalna forma współżycia i budowania rodzin i że takie „rodziny” mają prawo domagać się dzieci do adopcji (2).  Jest to realizacja 24 zasady Yogakarty, która mówi, że każdy ma prawo do założenia rodziny niezależnie od orientacji seksualnej lub tożsamości genderowej. Zasada ta jest narracją-sofizmatem przebiegle narzucającym ideologiczną optykę. Jest przecież inaczej: każdy ma prawo (choć nie gwarancję!) założenia rodziny  –  wystarczy podjąć naturalne współżycie seksualne.

Domaganie się prawa do założenia rodziny faktycznie oznacza domaganie się prawa do dzieci. Nie sposób jednak oczekiwać dzieci prowadząc niezgodne z naturą współżycie. Byłoby to jak oczekiwanie baśniowego Pinokia, który zwiedziony przez oszustów zasadził złote monety w ziemi oczekując, że wyrośnie z nich drzewo owocujące takimi złotymi monetami. Przecież takie zasadzenie złotych monet w ziemi, jak to w baśni uczynił Pinokio, nie daje  nikomu „prawa” do złota na drzewie jako plonów. Czy państwo ma Pinokiom rekompensować ich zawiedzione oczekiwania?

LGBTQ wiedzą,  że nie mogą oczekiwać takiego złota na drzewie, tj. dzieci jako owoców swojego współżycia, domagają się jednak by zagwarantowało im je państwo – przez adopcję i zgodę na różne formy sztucznego zapłodnienia oraz przenoszenia „praw” do dzieci. Czy państwo ma obowiązek rekompensować te oczekiwania, i to kosztem praw dzieci?

Dzieci jako przedmiot roszczeń LGBTQ

W rzeczywistości sama koncepcja „prawa” do dzieci (bo jak stwierdziliśmy to faktycznie oznacza owo „prawo” do rodziny) czyni dzieci przedmiotem służącym zaspokajaniu potrzeb LGBTQ. Adopcja przez pary jednopłciowe stawia na głowie fundamentalną  zasadę wyrażoną w art. 114. kodeksu rodzinnego i opiekuńczego (dostępnego TUTAJ), że przysposobić można osobę małoletnią tylko dla jej dobra (a nie np. dla dobra i zaspokojenia pragnień LGBTQ).

Adopcja taka, w imię zaspokojenia uzurpatorskich roszczeń LGBTQ odbiera dzieciom (czyli innym ludziom) prawo do naturalnego poczęcia, narodzin, życia i wychowania w naturalnym środowisku prawdziwej rodziny z matką i ojcem, mimo że konwencja o prawach dziecka (dostępna TUTAJ) stwierdza w preambule, że rodzina jako…naturalne środowisko rozwoju i dobra wszystkich jej członków, a w szczególności dzieci, powinna być otoczona niezbędną ochroną. Jest to ogólne sformułowanie, bo w czasie uchwalania konwencji (1989 r.)  adopcje przez pary homoseksualne były w ogóle nie do pomyślenia. Starożytna rzymska paremia (zasada prawna) mówiła, że adoptio naturam imitatur – adopcja naśladuje naturę. Jest oczywiste, że ani dwóch „ojców” ani dwie „matki” nie stanowią naturalnego środowiska.

Z taką sytuacją można się pogodzić jeśli wymuszają ją okoliczności życiowe – np. gdy jedno z rodziców wybiera homoseksualny tryb życia. Nie wolno jednak dziecka, które z losowych względów zostało pozbawione rodziców umieszczać w nienaturalnym środowisku związku homoseksualnego, z założenia odbierając mu prawo do wzrastania i wychowania w naturalnym środowisku z matką i ojcem, także jeśli mają to być rodzice przybrani.

Ryzyko homoseksualizacji dzieci w związkach jednopłciowych

Umieszczenie dziecka w nienaturalnym środowisku związku jednopłciowego nie tylko pozbawia dziecko jego fundamentalnych praw, ale stwarza również podwyższone ryzyko nabycia przez to dziecko skłonności homoseksualnych. Badanie Marka Regnerusa pokazało, że 29% dzieci wychowanych przez gejów i aż 39% dzieci wychowywanych przez lesbijki wykazywało zachowania nieheteroseksualne, podczas gdy zachowania takie pojawiały się jedynie u 10% dzieci wychowanych w stabilnych małżeństwach z matką i ojcem. Wpływ na skłonności homoseksualne w zależności od środowiska wychowania wg badania Regnerusa pokazujemy na planszy dostępnej TUTAJ.

Artykuł Marka Regnerusa opisujący wyniki badania w oryginalnej angielskiej wersji jest dostępny TUTAJ, zaś w polskim tłumaczeniu TUTAJ. Okoliczności jego przeprowadzenia, publikacji oraz ataki na autora ze strony środowisk LGBTQ (3) przedstawiono TUTAJ.

 

Dzieci-wychowankowie LGBTQ – niewygodna prawda

Gigantyczna medialna propaganda wspierająca LGBTQ w myśl założeń lewicowo-„liberalnej” ideologii przedstawia sielankową wizję wychowania dzieci w takich jednopłciowych związkach. Przeczy temu nie tylko badanie Regnerusa, pokazujące gorszą społeczną sytuację dzieci, ale przede wszystkim liczni wychowankowie takich związków. Tworzą oni w USA całe środowisko sprzeciwiające się adopcji dzieci przez pary homoseksualne w oparciu o własne doświadczenia. Doświadczenia te zebrali w książce Córki Jeftego o której pisaliśmy TUTAJ.

Współautorzy Córek Jeftego opisują na podstawie własnych doświadczeń różne aspekty życia z rodzicami LGBTQ:  traumatyczne przeżycia w domu pełnym licznych, zmieniających się partnerów ojca, własne wejście na drogę relacji homoseksualnych w wieku 13 lat na skutek wychowania się w środowisku LGBTQ, czy po prostu odczuwany przez całe życie dotkliwy brak drugiego rodzica przeciwnej płci (ojca/matki).

 

Prawa LGBTQ ponad wszystko – 2. zasada Yogyakarty

Wszystkie te i inne argumenty są lekceważone, ponieważ zgodnie z zasadą 2. Yogyakarty prawa wszystkich innych ludzi nie liczą się gdy w grę wchodzą rzekome „prawa”, a faktycznie uzurpacje LGBTQ. Nie tylko łamane są prawa dzieci i rodziców, ale nawet prześladuje się za ich głoszenie i obronę, traktując to jako przejaw  tzw. homofobii, która według lewicowo-„liberalnego” traktowana jest jako jedna z najcięższych zbrodni. Czy tak właśnie ma być w Gdańsku? Zależy to w dużym stopniu od radnych, ale przede wszystkim od obywateli miasta, od ich postawy wobec obecnych radnych i w nadchodzących wyborach.

 

Grzegorz Strzemecki

 

________________________________

(1) najczęściej mylnie tłumaczoną z angielskiego jako tożsamość płciowa.

(2) Przykłady założeń takiej indoktrynacji zawierają takie dokumenty jak Standardy edukacji seksualnej w Europie wydane przez europejskie Biuro Regionalne WHO czy polskie opracowanie Szkoła Milczenia wydane przez stowarzyszenie LGBTQ „Pracownia Różnorodności”.

(3) Uważne przeanalizowanie krytyki raportu Regnerusa pokazuje, że jest ona zupełnie bezprzedmiotowa, a zarzuty o rzekome statystyczne uchybienia (np. mała próba związków jednopłciowych) okazują się zupełnie miałkie. Stosunkowo mała próba wychowanków gejowskich ojców (73 osoby) i lesbijskich matek (163) w badaniu wynikała z rzetelnego statystycznego doboru całej populacji – tyle ich wykazały ankiety skierowane do 15058 respondentów, z których zebrano reprezentatywną pulę 2988 pełnych ankiet. Tymczasem krytycy Regnerusa powołują się na badania (o wynikach innych niż badanie Regnerusa), w których dane zbierano w sposób urągający statystyce, np. metodą kuli śnieżnej (snowball sampling) czy doboru wygodnego (convenience sampling). Podobnie nonsensowne jest powoływanie się na rzekomą „samokrytykę” badacza, który stwierdził, że nie odpowiada za interpretacje swoich badań przez innych, co przecież jest oczywistością, bo odpowiada on tylko za to, co sam napisał.