Liberalizm czy totalitaryzm? Semantyczne kapitulanctwo myśli konserwatywnej.

liberte egalite fraternite

Rozważania na marginesie kongresu Polska Wielki Projekt.

 

Materiały z kongresu ‚Polska Wielki Projekt’ przyniosły kolejną porcję przykładów samobójczej uległości konserwatystów wobec semantycznej manipulacji, która od dawna formatuje ludzkie umysły. Już dziesiątki lat temu skompromitowany ludobójstwem lewicowy neomarksistowski totalitaryzm zmienił koncepcję podboju świata przyjmując równie zwodniczą, co kłamliwą nazwę „liberalizmu”.  W rzeczywistości związek owego „liberalizmu” z wolnością jest wyłącznie taki, że pozory wolności w starannie wybranych sferach (przede wszystkim od ograniczeń moralnych) wykorzystuje do totalnego zniewolenia człowieka.

Jest zrozumiałe, że określenia tego używają sami neomarksiści ukrywający się pod nazwą „liberałów”, bo to jest ich modus operandi, ale dlaczego wspierają ich ci, którzy uważają się za ich ideowych i politycznych przeciwników?

W rozmowie z organizującą Kongres Maryną Miklaszewską Maciej Mazurek pyta o wyzwania rzucone narracji neoliberalnej, a rozmówczyni w odpowiedzi mówi o rozpanoszeniu się „neoliberalnej” narracji. Ktoś przytomnie użył cudzysłowu, jednak nie wyjaśnił dlaczego. Dalej pani Miklaszewska mówi z ironią, ale już bez cudzysłowu o  liberalnych, nowoczesnych uszach i o bankructwie myśli neoliberalnej, która zamieniła się w dogmat. To prawda, ta myśl zbankrutowała intelektualnie już w chwili powstania, ale jak na razie dzierży ona szmat władzy politycznej i rządu dusz, a nazywanie jej liberalizmem bez żadnych zastrzeżeń pomaga ukrywać jej despotyzm i wspiera ją w tym władztwie.

Na samym kongresie Gyorgy Schopflin, węgierski polityk i nauczyciel akademicki mówi o liberalnej i nieliberalnej aksjologii, liberalnym świecie, który odcina się od wszystkich poglądów, które uważa za błędne, wreszcie o liberalnej  hegemonii, i jej przejawach, tzn. o liberalnych kręgach, które zawłaszczyły Europę oraz o tym, że wolność, która wywodzi się z chrześcijaństwa, została zawłaszczona przez liberalizm. Mówi też, że demokracja nie musi uciekać się do żadnych pojęć liberalnych. Święta prawda, tylko dlaczego sam autor tych słów wspiera zawłaszczanie tej wolności odmieniając pojęcie „liberalizmu” na wszystkie sposoby bez żadnych zastrzeżeń i żyrując w ten sposób jego fałszywą wolnościową konotację?

Jeśli już musimy używać tego określenia w ramach opisującej rzeczywistość nomenklatury, to dodajmy do niego jakieś obnażające jego fałszywość zastrzeżenie. Mówmy zatem o tzw., pseudo- bądź łżeliberalizmie, albo weźmy go w cudzysłów, żeby nie wspierać ogłupiającego marszu tego pojęcia przez umysły. W ten sposób przynajmniej zaczniemy kontratak na potężny gmach kłamstwa, który na tym załganym pojęciu zbudowano.

Warto przypomnieć, że walka z komunizmem również toczyła się na polu języka i semantyki. Kiedy u zarania Zimnej Wojny Moskwa z satelitami stworzyła propagandowe narzędzie w postaci tzw. Kominformu, nadała jego organowi nazwę O trwały pokój, o demokrację ludową!, licząc na to, że zachodnie media przytaczając ten tytuł będą powtarzać komunistyczną nowomowę. Ówczesne zachodnie media wykazały się jednak rozsądkiem i pisały po prostu o „organie Kominformu”. Kiedy USA pod rządami Reagana rozpoczęły  polityczną kampanię przeciw Sowietom, jedna ze strategicznych wytycznych głosiła, by w walce idei nie pozwalać sowieckiej machinie propagandowej na wykorzystywanie moralizatorskiego tonu oraz semantyki przez przywłaszczanie sobie takich terminów jak np. „pokój”. Taki zapis znalazł się w dyrektywie NSDD 75, do które powstania walnie przyczynił się niedawno zmarły Richard Pipes.

W dzisiejszych czasach walka na polu języka i semantyki jest jeszcze ważniejsza, bo semantyczne manipulacje to dla współczesnego neomarksizmu główne narzędzie podboju, który bezkrwawo i cicho dokonuje się właśnie w przestrzeni semantycznej –  pozornie abstrakcyjnej, więc ignorowanej przez wielu jego oponentów koncentrujących się na sprawach bardziej namacalnych. Jednak podbój tej semantycznej przestrzeni, poprzez podbite i zniewolone umysły przekłada się na fizycznie wymierne obszary politycznego podboju terytorialnego. Podbite obszary pozostają podbite za sprawą panującej tam władzy semantycznej, bo większość ludzi je zamieszkujących nie jest w stanie się spod tej władzy wyzwolić.

Współcześni konserwatyści, mimo że wciąż mówią o walce idei, zupełnie ignorują ten jej aspekt i – parafrazując reaganowską dyrektywę – pozwalają owej łże-liberalnej machinie propagandowej na wykorzystywanie moralizatorskiego tonu oraz semantyki przez przywłaszczanie sobie takich terminów jak   „wolność” i „liberalizm”.  Nawet Ryszard Legutko przy okazji Kongresu mówił  o mobilizacji liberalnego Zachodu przeciw polskiemu rządowi.

„Liberalny Zachód”? Przecież to nonsens! Może łże-, pseudo- albo oszukańczo liberalny, ale przecież nie liberalny-wolnościowy.

Współczesny „liberalizm” od lat systematycznie zmierza do zbudowania państwa totalitarnego, tj. takiego, które istnieje nie po to, by służyć obywatelom, ale by uformować obywateli i ich sposób życia zgodnie z zaplanowanym przez ideologów wzorcem. Jak wiadomo, ideologowie „lepiej wiedzą”, co dla obywateli, dla każdego z nas jest dobre. Wciąż dowiadujemy się o kolejnych faktach potwierdzających tę tendencję, charakteryzującą znane nam „liberalne” demokracje. Żeby nie być gołosłownym przytoczę szereg przykładów „liberalnego” totalitaryzmu w działaniu (i to całkiem typowych), ale pokazuję to w osobnym artykule (zamieszczonym TUTAJ).

Te i inne przykłady pokazują, że  „liberalne” państwo w swoich zapędach sięga tak głęboko w tożsamość człowieka i jego najbliższe, np. rodzinne relacje, że stary PRL jawi się jako oaza wolności. Ten nowy totalitaryzm powstaje pod sztandarami „liberalizmu” i tak jak poprzednie służy „wyzwoleniu”. Budują go zastępy zachwyconych „liberalnym” „wolnościowym” projektem nowych hunwejbinów, wspieranych przez rzesze powtarzających „liberalne” frazesy poputczików.

„Liberalna” smycz staje się coraz krótsza i trudniejsza do wytrzymania, ale tylko dla tych, którzy ją dostrzegają. I tylko ci mogą się przeciw niej buntować. Tymczasem wielu jej nie zauważa, bo nazywana jest „wolnością” i „liberalizmem”. Wiara, że zniewolenie jest wolnością to nie tylko slogan z orwellowskiego świata, ale symptomatyczne dla totalitaryzmów zjawisko wspierające ich istnienie. Dlatego nie pomożemy nikomu dostrzec smyczy tego „liberalnego” zniewolenia powtarzając i żyrując fałszywe „liberalne” określenia. Przestańmy więc wspierać oszustwo o „wolnościowym” „liberalizmie”. To co może nas wyzwolić to prawda, czyli nazywanie rzeczy po imieniu. Nie nazywajmy liberalizmem totalitaryzmu, nawet jeśli ten totalitaryzm jest jeszcze w budowie.