Zdziwieni wyrokiem na drukarza? Przeczytajcie Yogyakartę.

winietka z Yogyakartą i Bodnarem png

Każdy ma prawo do korzystania ze wszystkich praw człowieka bez dyskryminacji ze względu na orientację seksualną lub tożsamość genderową oraz – uwaga!każdy ma prawo do równości wobec prawa i równej ochrony prawnej bez dyskryminacji z uwagi na te cechy i bez względu na to, czy wpływa to na korzystanie z innych praw człowieka, czy nie. – mówi zasada druga z tzw. zasad Yogyakarty (dostępnych TUTAJ).

Proszę uważnie przeczytać te słowa. Mówią one wyraźnie, że zakaz dyskryminacji LGBTQ ma obowiązywać także wtedy, jeśli odbywa się to kosztem dyskryminacji innych ludzi.

SIC!!! Prawa wszystkich innych ludzi przestają obowiązywać jeśli wchodzą w kolizję z „prawami”, a faktycznie uzurpatorskimi roszczeniami LGBTQ.

 

Yogyakarta? Ki diabeł?

Zasady Yogyakarty zostały sformułowane w dniach 6-9 listopada 2006 na seminarium w indonezyjskim mieście Yogyakarta (stąd nazwa) przez zespół określający się jako Międzynarodowa Komisja Prawników i Międzynarodowa Służba Praw człowieka. Zespół ten nie miał żadnego politycznego ani demokratycznego umocowania, nie reprezentował żadnego kraju, choć swoim dokumentem starał się stworzyć pozory reprezentatywności i kompetencji. W rzeczywistości reprezentował wyłącznie środowiska, organizacje i siły polityczne związane polityczną agendą ideologii gender-queer i środowisk LGBTQ.

Mówiąc krótko i precyzyjnie, zasady Yogyakarty mówią o tym jak LGBTQ widzą swoje „prawa”.

Mimo to autorzy tych zasad buńczucznie twierdzą, że zasady te odzwierciedlają obowiązujący stan międzynarodowego prawa praw człowieka i wiążące międzynarodowe standardy prawne, które muszą być przestrzegane przez wszystkie państwa  w odniesieniu do kwestii związanych z orientacją seksualną i tożsamością płciową.

W rzeczywistości jest to zbiór zasad które pozbawiając praw innych ludzi i odbierając im możliwości obrony, realizują antyludzką i zbrodniczą agendę rewolucji queer-seksualnej forsowanej przez ruch LGBTQ, neomarksistowską lewicę, część światowej plutokracji z najbardziej eksponowaną postacią Georga Sorosa oraz gros „elit” politycznych, w tym także tych, które nazywają się „konserwatystami” czy „chrześcijańskimi demokratami”.

Żeby ukryć ową antyludzką i zbrodniczą agendę, głoszą program służący rzekomo zwalczaniu dyskryminacji ze względu na orientację seksualną lub tożsamość płciową (właściwie: genderową).  Ma nas o tym przekonać na przykład to, że w zasadach Yogyakarty sformułowanie to powtarza się co najmniej 50 razy.

Choć zasady te nie są oficjalnie obowiązującym prawem, to jednak polityczna (w tym propagandowa) siła promotorów genderyzmu i LGBTQ sprawia, że zasady Yogyakarty kształtują poczynania legislatyw i rządów oraz orzecznictwo sądów, o treściach przekazywanych przez media i kulturę nie wspominając.

Dlatego w orzeczeniu Sądu Najwyższego RP prawa łódzkiego drukarza musiały ustąpić uzurpatorskim roszczeniom stowarzyszenia LGBTQ.

Zasady Yogyakarty są znane nie od dziś. Na niebezpieczną i dyskryminującą wymowę 2. zasady zwracała uwagę m.in. Gabriele Kuby w swojej książce, wydanej w Niemczech w 2012, a w Polsce w 2013 r.

 

Zniewalająca siła zasad Yogyakarty

Komentujący wyrok w sprawie łódzkiego drukarza z satysfakcją przywoływali niedawny wyrok Sądu Najwyższego USA, oddalającego orzeczony w niższych instancjach wyrok na cukiernika, który odmówił wykonania na specjalne zamówienie tortu weselnego dla pary gejów.

To złudna satysfakcja, ponieważ wyrok ten należy raczej traktować jako wynikającą z ostrożności koncesję na rzecz obecnego przypływu konserwatywnych nastrojów w społeczeństwie amerykańskim, czego przejawem jest prezydentura Donalda Trumpa. Ten sam Sąd Najwyższy w daleko ważniejszych sprawach najpierw (w 2013 r.) zabronił Kongresowi definiować małżeństwo (jako związek kobiety i mężczyzny), obłudnie broniąc przy tym suwerenności poszczególnych stanów w tej materii,  a następnie (w 2015 r.) nakazał wszystkim stanom uznanie jednopłciowych „małżeństw”, łamiąc tym samym ową stanową suwerenność i obalając  ustawy stanowych legislatyw, które dwa lata wcześniej uważał za jedynie kompetentne w kwestiach rodziny i małżeństwa (uwaga: w obu przypadkach orzekał w tym samym składzie). Jako podstawę wykorzystał ogólne równościowe zapisy  5. i 14. poprawki do Konstytucji USA z 1791 i 1866 r. kiedy jednopłciowe „małżeństwa” były czymś absolutnie niewyobrażalnym i niedopuszczalnym.

Zadziałała zasada 2. Yogyakarty, według której „prawa” gejów do „małżeństwa” są ważniejsze niż prawa wszystkich obywateli USA i ich przedstawicieli w Kongresie Unii oraz w kongresach stanowych do stanowienia prawa i zawarcia w nim definicji małżeństwa. Tak samo owe „prawa” LGBTQ są ważniejsze niż prawa dzieci do wychowania w naturalnym środowisku rodziny, tj. z matką i ojcem (choćby przybranymi). Nadrzędność „praw” gejów sprawiła również że SN USA całkowicie zignorował świadectwa dzieci gejów i lesbijek ukazujące nadużycia, które są codziennością w związkach jednopłciowych, choć otrzymał te świadectwa w trybie amicus curiae wraz z książką Córki Jeftego, o której piszemy dalej.

 

Czego bronią zasady Yogyakarty

Usłyszałem dziś o programie we francuskiej telewizji, w której przy powszechnym aplauzie, dwóch gejów opowiadało jak to planują „nabyć” czy też „wyprodukować” sobie dziecko/dzieci, a potem się nim dzielić, bo nawet nie zamierzają mieszkać razem. Ten plan „rodziny” na odległość nie dziwi, bo kwintesencją gejowskiej tożsamości i stylu życia jest obsesyjne spółkowanie z dziesiątkami i setkami partnerów, np. w orgiach-„domówkach” (czytaj TUTAJ), a nie zawracanie sobie głowy, a raczej innej części ciała „rodziną”.

Gejowska „rodzina” jest potiomkinowskim  obrazem wyłącznie na pokaz, po to, by ogłupieni tym sfingowanym obrazkiem „heterycy” popierali gejowską agendę. Nie wykluczam, że bardziej stabilne związki gejów istnieją, ale to nie dowodzący niczego, nieznaczny margines, przy czym te „stabilne” związki nie wykluczają uczestnictwa w owych orgiach, bo taka jest „stabilność” owych związków.

Pisaliśmy niedawno TUTAJ o (homo) seksualnym drapieżcy, właśnie z taką rodziną na pokaz, który pochwalił się planem, by w ciągu życia spółkować z 2000 partnerów, najchętniej poniżej 18 lat, a połowę tego planu już wykonał. Jak i do czego zostaną wychowane „jego” dzieci?

Można oczekiwać, że będą wychowywane podobnie jak Charles Mitchell, adoptowany przez dwóch gejów, który opowiada, że on i jego dwaj bracia byli seksualnie molestowani przez przyjaciół „taty” i „wujka”, bo uczestniczy w tym [tj. takiej „rodzinie”]  nie tylko dwóch ludzi, ale całe środowisko. Podkreśla, że homoseksualność zniszczyła nam normalne życie i dodaje. że do dziś trudno mi ufać mężczyznom.

Mogą też pójść drogą Roberta Oscara Lopeza, który wychowywany przez matkę lesbijkę i jej partnerkę stwierdził, że wychowanie w tym środowisku sprawiło, że od 13-go roku życia prowadził skrajnie rozwiązłe życie seksualne i sypiał z wieloma starszymi mężczyznami. … Dawali mi prezenty i pieniądze, a ja wiedziałem gdzie ich znaleźćpo części było tak ponieważ miałem podwyższoną świadomość gejowskiej kultury, bo moja mama miała bardzo wielu gejowskich przyjaciół, a po części był to problem tego, że nie miałem taty. To tylko dwa z wielu świadectw zawartych w książce Córki Jeftego (Jephthah’s Daughters) napisanej przez dorosłe obecnie dzieci wychowane przez gejów i lesbijki.

Taka jest codzienność życia w gejowskich rodzinach, jednak tylko niektóre przypadki molestowania, a ściślej gwałcenia dzieci zostają ujawnione i znajdują finał w sądzie jak sprawa dwóch „tatusiów” Truonga i Newtona (patrz TUTAJ). Zauważmy, że milczeć i chwalić „wychowanie” przez LGBTQ będą te dzieci, które wychowane w gejowskiej obyczajowości, zaakceptują ją lub nabędą.

Prawa dzieci w gejowskich „rodzinach”  muszą być łamane tak jak prawa łódzkiego drukarza, bo „prawa” LGBTQ – przypomnijmy –  mają obowiązywać bez względu na to, czy wpływa to na korzystanie z innych praw człowieka, czy nie, co wyraźnie mówi zasada 2. Yogyakarty.

Zasady te są zatem nieformalnym, ale obowiązującym kodeksem, który pozwala realizować agendę queer-seksualnej rewolucji LGBTQ, w tym propagować, wprowadzać i podtrzymywać proceder gejowskich „rodzin”, a jednocześnie obezwładniać, zwalczać i niszczyć tych, którzy mu się przeciwstawiają.

 

Rzecznik praw Yogyakarty i LGBTQ

W tym kontekście całkiem zrozumiała jest satysfakcja tzw. Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara, z orzeczenia potwierdzającego skazanie drukarza, który swoją pracą nie chciał wspierać naszkicowanej wyżej upiornej agendy LGBTQ.

Adam Bodnar od dawna bowiem popiera zasady Yogyakarty, a nawet był jednym z tłumaczy tego dokumentu na język polski. Oznacza to, że w rzeczywistości nie jest on żadnym rzecznikiem praw człowieka, a jedynie rzecznikiem „praw” LGBTQ. Właśnie tych „praw” (czytaj: uzurpatorskich przywilejów) które odbierają prawa innym ludziom i są dla nich zagrożeniem. Fakt jego wybrania na stanowisko obrońcy praw człowieka i pozostawanie na nim jest gigantycznym skandalem, nad którym wszyscy przechodzą do porządku dziennego, bo takie właśnie są realia rewolucji queer-seksualnej, która wbrew złudnemu poczuciu bezpieczeństwa posuwa się naprzód także w Polsce. To co powinno być niewyobrażalne i niedopuszczalne staje się zwyczajną codziennością.

 

Bezradność na własne życzenie

Komentarze prawicowych polityków i publicystów w odniesieniu do wyroku w sprawie łódzkiego drukarza ukazują swoisty konglomerat bezradności, bezczynności, dezorientacji i braku zrozumienia mechanizmów dokonującej się rewolucji. Postulowane zmiany w prawie są konieczne, ale same w sobie nie wystarczą, chociażby wobec pokazanego wyżej dowolnego naginania prawa przez sędziów by służyło genderystowskiej agendzie. Skoro SN USA mógł dla zalegalizowania gejowskich „małżeństw” nagiąć ogólnorównościowe zapisy z 1791 i 1866 r. i odebrać legislatywom (federalnej i stanowym) ich fundamentalne, konstytucyjne uprawnienia stanowienia prawa,  to znaczy, że zdeprawowane ideologią sądy mogą orzec dosłownie wszystko, a obezwładnione mentalnie genderystowskimi narracjami społeczeństwo nie jest w stanie im się sprzeciwić.

Ta dezorientacja i brak zrozumienia prawicowych elit są jednak poniekąd na własne życzenie, ponieważ w elitach tych (werbalnie deklarujących sprzeciw wobec genderyzmu) nie widać żadnej woli głębszego poznania i zrozumienia zjawiska, które „rozłożyło na łopatki” całą zachodnią cywilizację z USA na czele. Żaden instytut czy  think-tank nie bada zagrożenia genderyzmem. Odnoszę nawet wrażenie, że niektóre prawicowe, bliskie rządowi media od jakiegoś czasu zaczęły unikać tematyki genderyzmu i LGBTQ. Nie podejmuje się żadnych instytucjonalnych działań żeby powstrzymać i odwrócić procesy implementacji genderyzmu. Państwo ma różne instytucje wyspecjalizowane w ochronie przed zagrożeniami, ale genderyzmu wśród nich nie ma.

Jak dotąd, potężnej presji genderyzmu (politycznej oraz kultury masowej, mediów i hojnie wspieranych fundacji) systematycznie przeciwstawiają się w Polsce wyłącznie pojedyncze osoby, nieformalne grupy rodziców i niedofinansowane organizacje pozarządowe. W takich okolicznościach i takimi siłami można jedynie spowalniać „nieuchronne” zsuwanie się po równi pochyłej, ku „świetlanej przyszłości” świata szczęśliwego społecznie, w którym i kobiety, i mężczyźni określają się w płynny, dynamiczny sposób co do swych seksualnych preferencji, jak to malowniczo opisuje Ireneusz Krzemiński.

Czy zatem Polska ma czekać na kolejne wyroki na tych, którzy staną na drodze agendy LGBTQ, czy może rząd i polityczne elity prawicy podejmą wreszcie jakieś działania zapobiegawczo-obronne?

Grzegorz Strzemecki